sobota, 15 sierpnia 2015
Negrulec, malamut w przebraniu
Negro- widoczny na powyższym zdjęciu. Jeszcze kolorowym, wkrótce czarno- białym. Negro umiera i nic i nikt nie jest w stanie tego zmienić.
Może od początku. Dawno temu Negro trafił pod opiekę Fundacji Adopcje Malamutów. Przypadkiem- błąkał się z malamutką. Nie dało się zabrać jednego psa, drugiemu mówiąc " radź sobie sam". Jak to zwykle bywa, pies a raczej suka w typie rasy szybko znalazła dom, Negro został.
Cóż było z nim począć? Zamieszkał u naszej Izy, na domu tymczasowym , ale w sumie stałym. Nikt nie chciał go adoptować, nikt o niego nie pytał.
Prawie idealnie wpasował się w stado dwóch malamucic, udając malamuta w czarnym przebraniu.
Starszy, rozpieszczany, wychuchany. Tak miało być zawsze.. Jednak ani dla ludzi, ani dla psów, nie ma żadnego zawsze.
Starość i choroba, dopadła także Negrusia, który wydawał się być stałym "elementem" domu, rodziny, stada.
I mimo świadomości, że przecież tak musi, musiało być ciężko pogodzić się z faktem, że Negro odchodzi. Powoli, lecz nieubłaganie. Weterynarz, leki, papki to teraz codzienność. Ale co z tego. Przecież to rodzina, psio- ludzka rodzina, o której członka walczy się do końca.
Negro ma nowotwór z przerzutami. Nie ma dla niego ratunku.
Jednak ciężko pogodzić się z tą myślą, że przyjaciel musi odejść, że to już, że to za chwilę.
Przez głowę biegną gorączkowe myśli- chemioterapia, drogie leki polecone przez onkologa. Może zabieg, który da mu kilka miesięcy. Da a może nie da?
Wyrzuty sumienia- czy zrobiłam wszystko co mogłam.
Ja znowu jako widz mogę powiedzieć- ZROBIŁAŚ. Dałaś mu dom i miłość, niby niewiele a jednak wszystko. A teraz jedyne co Ci pozostaje to pozwolić mu odejść, wtedy, kiedy zobaczysz, że nie ma w nim już woli życia...
Kolejny raz powraca temat śmierci, wyrzutów sumienia i ludzkiego cierpienia. Pies zasypia i nie czuje już bólu, człowiek zostaje z pustymi rękami i pustym miejscem w domu.
To człowiek boryka ze wspomnieniami, smutkiem , żalem , sumieniem. Pies śpi spokojnie, wdzięczny za każdy przejaw miłości i troski który otrzymał.
Czasami trzeba cieszyć się dniem dzisiejszym, nie zastanawiając się tym co będzie jutro. tego właśnie uczą nas psy. Tak jak Negro uczy Izę- merda ogonem, biega po ogródku, z apetytem zjada swoje papki. Żyje i czerpie z życia pełnymi łapami. My też powinniśmy, ucząc się od psów poszanowania dla tego co mamy i miłości dla tych, którzy dali nam to co najważniejsze...
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Smutna Madzia
Jestem Madzia i nie mam domu....Moje zdjęcia, tak jak moje życie, jest czarno- białe....
Mieszkam w schronisku, za kratami już od wielu, wielu dni. Niby jest tu lepiej niż na ulicy, przynajmniej mam co jeść i nikt mnie nie bije, nie rzuca we mnie kamieniami.
Kiedyś miałam dom, pamiętam to miejsce jak przez mgłę. Byłam kochana, było mi ciepło, całe dnie spędzałam na kolanach moich opiekunów.
Byłam wypieszczona, ciągle głaskana, przytulana. Podsuwano mi najlepsze kąski.
Któregoś dnia coś się zmieniło, z dnia na dzień przestałam być ukochanym pieskiem, stałam się zbędnym przedmiotem. W końcu wylądowałam na ulicy. Wierzyłam w to, że zabiorą mnie spowrotem, że
wrócą po mnie. Myliłam się, z każdym dniem moja nadzieja była coraz mniejsza. Chudłam moja sierść stała się brudna i matowa. Spałam byle gdzie, jadłam to, co udało mi się znaleźć. Nieraz, przechodząc koło
ludzkich domów patrzyłam przez pręty ogrodzeń na szczęśliwe psy, psy, które miały właścicieli. Zadbane, pachnące, najedzone, zaopiekowane. Ja też kiedyś taka byłam. Czasami ktoś zlitował się nade mną i
dawał coś do jedzenia. Innym razem przepędzano mnie kamieniami... Przywykłam do takiego życia, chociaż wciąż prześladowały mnie wspomnienia o przeszłości.
W końcu trafiłam do schroniska. Mieszkam za kratami, ale przynajmniej jestem bezpieczna. Mówią na mnie tutaj Smutna Madzia. Nie umiem sobie poradzić, inne psy często mi dokuczają. Śmieją się ze mnie, bo
wciąż mam nadzieję na nowy dom. Głównie siedzę w budzie, tam mam święty spokój. Jedynymi chwilami szczęścia dla mnie są momenty, kiedy jakiś człowiek się mną zainteresuje. Przytulam się wtedy do niego lub
próbuję wdrapać się mu na ręce myśląc- może nie odniesie mnie znów do więzienia. Niestety, za każdym razem wracam.
Będę wierną i oddaną przyjaciółką. Nie będę kłopotliwym psem. Postaram się być niewidzialna. Nie mam w sobie agresji. Mogę zamieszkać nawet w małym mieszkaniu- jestem malutka. Nie potrzebuję dużo miejsca ani dużo jedzenia. Nie muszę chodzić na długie, forsowne spacery. Wystarczy tylko, że będziesz ze mną. Możesz być biedny i mieć tylko mnie na świecie. Będę Cię kochać do końca moich dni. Tylko błagam, zabierz
mnie ze sobą do domu, nie wiem ile jeszcze tu wytrzymam....
Kontakt w sprawie adopcji Madzi:
Iwona 793993779
iwoniam@poczta.onet.pl
Madzia przebywa w schronisku w Racławicach koło Miechowa, ok. 40 km od Krakowa. Dowieziemy ją do nowego domu!
sobota, 18 kwietnia 2015
Wiktor- Cortez- kiedy rozstania nadszedł czas...
Niestety kolejny raz będzie o życiu i
śmierci.
Życiu tych, którzy zostali i cierpią,
i śmierci tych, którzy musieli odejść za wcześnie.
Następna historia ludzi i psa. Psa
zaniedbanego, odebranego osobie, która nigdy nie powinna mieć nic
wspólnego ze zwierzętami. Osobie, która dawno temu zapomniała
czym jest empatia, sumienie i dobro.
Kiedy Wiktor- Cortez trafił pod naszą
opiekę, był cieniem psa. Zagłodzony, zapchlony, zaniedbany.
Kolejny pies, wypatrzony przez osoby o wielkim sercu. Osoby, które
nie pierwszy raz nam pomogły.
Wiktorek chyba nigdy nie miał
normalnego domu. Był psem typowo podwórkowym/ łańcuchowym. Nie
znał żadnych komend, nigdy nie mieszkał w mieszkaniu/ domu. Nikt
nigdy tak naprawdę się nim nie interesował.
Jednak Wiktor miał to wszystko pod
ogonem. Kochał ludzi i inne zwierzaki. Mimo, że wyglądał jak żywy
trup, czerpał z życia pełnymi garściami.
Był kontaktowy, łagodny,
przyjacielski. Każdego wolontariusza witał zawsze z uśmiechem na
pysku. Mimo że był prawie rasowy, kolejki nie ustawiały się w
sprawie jego adopcji.
W końcu los się do niego uśmiechnął-
odwiedził nas Kuba, który po pierwszej wizycie w hotelu, wybrał
swojego faworyta. Adopcja nie odbyła się ani szybko, ani łatwo.
Jednak mięliśmy pewność, że Wiktor wychodząc z hotelu, już
nigdy do niego nie wróci. Na takie domu czekamy, takich domów
życzymy wszystkim naszym podopiecznym.
Wiktor stał się Cortezem.
Błyskawicznie z „wsiowego Burka” stał się psem miastowym.
Dzięki cierpliwości i zaangażowaniu Kuby i Moniki, Cortez szybko
przyzwyczaił się do nowego życia. Kiedyś nie mając nic, teraz
otrzymał wszystko- ot tak po prostu.
Wspólne wyjazdy na wakacje- Cortez
stał się psem światowym. I idealnym- przynajmniej w jakiejś
części. Razem ze swoimi opiekunami, odważnie przemierzał świat,
nie bojąc się nowych wyzwań.
Nauczył się zostawania samemu, jazdy
tramwajem, chodzenia po płytkach. Rzeczy dla nas prozaiczne, dla
niego nowe i czasem przerażające. Dał radę, bo nie był już sam.
Miał dom, w końcu taki prawdziwy i najlepszy. Każdy dzień był
małym zwycięstwem, kolejnym krokiem we wspólną świetlaną
przyszłość.
Posiadanie psa to nie tylko blaski ale
i cienie. Kuba jest osobą bardzo aktywną, kochającą ruch. Biega w
maratonach, dystans kilkudziesięciu kilometrów to dla niego
codzienność. Adoptując psa, nie bez powodu wybrał północniaka-
przecież te psy stworzone są do ruchu. Jednak kiedy okazało się,
że Cortez ze względu na wiek i kondycję nie jest w stanie
dotrzymać kroku swojemu opiekunowi, aktywność Kuby została
dostosowana do możliwości psa. Ani słowa skargi, ani słowa żalu.
Po prostu przyjaźń.
Chciała bym dopisać zakończenie, że
żyli długo i szczęśliwie... Niestety życie wybrało inaczej.
Cortez odszedł, a raczej pozwolono mu odejść- to świadectwo
wielkiej empatii i braku egozimu.
Wygrała choroba- okrutna, bezwzględna.
Mimo miesięcy walki Corteza nie ma już
wśród nas. Pozostawił po sobie piękne wspomnienia. Ale zostały
także smutek i żal. Dlaczego? Miał tylko 8 lat. Dlaczego on?
Pytania bez odpowiedzi.
Wiele osób marzy o raju, wyobraża
sobie jak tam jest. A ja wiem, że Cortez przez ostatni rok miał
psi raj na ziemi. W końcu ktoś go kochał, komuś na nim zależało.
Toi strasznie smutne, kiedy uśmiech
losu okazuje się ironią.
Cortez już nie cierpi, jednak
pozostawił po sobie niezapomniany ślad. Ślad w sercach ludzi,
którzy widzieli w nim upragnionego przyjaciela i spełnienie marzeń.
Podobno czas leczy rany, więc trzeba poczekać.
MONIKO I KUBO dziękuję za Waszą
bezinteresowną miłość i za przedsmak psiego raju dla Corteza.
„Ścieżki
wspólnie przedeptane i wspomnienia o psiej miłości ... Czy czas
poskleja rozdarte ludzkie serce? „
Wątpię....
sobota, 14 marca 2015
Bronek S. - kot z piekła rodem...
Kot marzył mi się od zawsze, ale
jakoś tak nie zawsze było mi po drodze. Niby chciałam, ale jakoś
nigdy nie wychodziło. Poza tym mój tata, z którym mam przyjemność
mieszkać, mienił się pierwszym przeciwnikiem kotów w domu- u
kogoś ok, można się pobawić i pogłaskać, ale w domu nigdy...
Nigdy nie mów nigdy...
Zgoda na sprowadzenie Bronka nie była
łatwą sprawą. W końcu wypalił plan nr 3- ze łzami włącznie :)
Biedny słodki, stary kot, czy ma
umrzeć w schronisku?
Jak pokazało życie- ostatnie o czym
Bronek myśli to umieranie... I na szczęście. Może to zabrzmiało
strasznie, ale kiedy Bronek do nas trafił, myśleliśmy że jest 3
łapami w grobie.
Chudy ( pers ważący 2 kilo), łysy
(wygolony na 0), zasmarkany, słaby.
Praktycznie zamieszkał u weterynarza.
Często warunkiem przy adopcji psa jest
tolerancja w stosunku do kotów. Tym razem ja pytałam czy kot
toleruje psy :D
Bronek początkowo mieszkał w klatce
kennelowej- przy 2 dużych psach, które nigdy nie mieszkały z
kotem, takie 2 kilowe maleństwo nie miało by szans.
Każde pozytywne zachowanie psów w
obecności kota było nagradzane. Oczy naokoło głowy, żeby psy nie
zjadły „biednego kotecka”. Sama niewiele bym zrobiła, ale
dzięki mej Woźnej, która behawiorem jest , udało się :)
Mijały dni, później tygodnie. Kot
naturalnie wpasował się w nasz domowy krajobraz.
Kiedyś wrzuciłam na FB zdjęcie –
Bronek trzymał łapę na ogonie Dzidzi (owczarka) z podpisem „ to
je mój pies”. Moja Marzena skomentowała to w następujący sposób
„ mój pies, później moje łóżko, a zaraz okaże się że
wszyscy mieszkacie u Bronka”. Wtedy się z tego śmiałam, teraz
już się nie śmieję.
Jeszcze rok temu myślałam, że nasza
teraz już świętej pamięci Jaga jest królową domu. Nic bardziej
mylnego. Jeśli ktoś nie mieszkał w kotem, nie wie czym/kim tak
naprawdę jest kot.
Dowiedzieliśmy się że nasze marne
istnienie miało początek tylko po to, aby służyć kotu i móc go
wielbić.
Psy stoją w kolejce do miski z wodą,
bo przecież „Pan i Władca” właśnie pije. Jedyne, w czym my
śmiertelnicy możemy być pomocni to nałożenie jedzenia,
sprzątanie sralni i ewentualnie wielbienie kota- wtedy kiedy ON
sobie życzy.
No i jak się okazało – wszyscy
mieszkamy u Bronka. On decyduje kiedy je, kiedy my mamy odstąpić
JEMU nasze jedzenie, bądź też kiedy psy mają zostawić miskę i
dać MU wyżreć wszystko co wpada w gusta...
Kiedyś naszym domem rządziły psy.
Teraz miarą naszego życia są zapakowane z chirurgiczną precyzją
paczuszki mrożonej wołowinki . Oczywiście dla kota. Bo jak nie ma
wołowinki o 14tej to nie ma spania w nocy. Już nikogo nie obchodzi
czy psy mają coś extra do karmy- bo jak nie dostaną to przecież
nic się nie stanie. KOT musi mieć.
Zabawa w tramwaj ( rzucam się na
drzwi- otwórz-wychodzę, po minucie powrót i tak z 15 razy,
oczywiście ciemną nocą), miałczenie prosto w ucho o 3 w nocy „
bo mi się nudzi”, ostrzenie pazurków na meblach, bieganie o
północy z tupotem stada słoni po całym domu- to teraz nasza
codzienność.
Kiedy coś idzie nie po myśli Bronka-
zemsta bywa słodka. A to wczepienie się pazurami- akurat w
pidżamę- nigdy w spodnie „dzienne”- grubsze, z miną- mamo weź
mnie na kolana. A to wyplucie całej zawartości miski na ścianę-
„ohydna, dzisiaj nie będę tego jadł, mimo że wczoraj było
pyszne”.
Bronek rzadko bawi się zabawkami. Dużo
lepszy fun jest z psiego ogona. Można się na nim uwiesić, dyndać,
ciągnąć, gryźć- „pies mój podwładny i tak nic mi nie
zrobi...”
Zawsze śpi na poduszce- na tej, na
której kiedyś spały psy. Jeśli chce spać na tej poduszce na
której trzymamy głowę, wchodzi na nas uniemożliwiając
oddychanie... Przecież to jego dom, jego miejsce, jego poduszka,
jego pies...
Bronek udając słodkiego, bezbronnego
kotecka przestawił całe nasze życie. Teraz wszystko idzie po JEGO
MYŚLI.
Tłucze psy (nigdy z pazurami), dotyka
nas łapą , jakby się nas brzydził, wybrzydza, domaga się
swojego.
Kot zmienił nasze życie- na lepsze.
Dowiedzieliśmy się, że żyjemy po to aby służyć komuś lepszemu
od nas. Komuś kto nie zna zawiści, złośliwości, negatywnych
emocji. Komuś , kto wyraża ekspresyjnie swe uczucia. Jak kocha to
całym sobą.
Bo poza momentami, kiedy Bronek
zamienia nasze życie w piekło, są też momenty, kiedy dziękuje
nam za to że daliśmy mu dom.
Łasi się, mruczy, zaczepia do zabawy.
Kładzie się na psach, bawi się ich częściami ciała. Nigdy
boleśnie, zawsze tak, że można uciec, kiedy coś nie odpowiada.
Mimo, że ma mega złośliwy wyraz
ryjka, tak naprawdę nas kocha. Za to że nie obchodziło nas to ile
ma lat i na co jest chory. Za to że daliśmy mu dom, po tym jak ktoś
wyrzucił go jak niepotrzbny śmieć.
Mimo że nie ma już dużo siły i
energii, wciąż dokazuje, po to aby wywołać uśmiech na naszych
twarzach lub rozruszać psy.
To chyba mój pierwszy i ostatni kot.
Tak się mnie wydaje. Bo gdzie ja znajdę drugą taką uroczą mendę,
która pokazała mi ( po raz kolejny), że te odrzucone, niechciane,
brzydkie mają serce na łąpie.
Zaakceptował nas bez żadnych pytań.
Wszystko było super – my, psy, mieszkanie, jedzenie ( na
początku). Przyjął nas bezwarunkowo- Wy daliście mi dom, ja Was
pokocham ( ale udowodnię Wam, że do tej pory nie mieliście komu
służyć i kogo wielbić).
Zwierzętom jest obojętne to czy mamy
100 tyś na koncie, czy żyjemy od 1 do 1. Kochają nas za to że
jesteśmy- nieważne, starzy czy młodzi, ładni czy brzydcy, biedni
cz bogaci. Ważne że jesteśmy i potrafiliśmy wyciągnąć dłoń w
kierunku pokiereszowanej przez życie łapy...
czwartek, 8 stycznia 2015
Ala
Ala - kolejna słodka, ukochana malamutka. Można zapomnieć o wszystkim, kiedy wtula się twarz w jej futerko.Jest ciepła, puchata i namacalna. Jednak kiedy odsuwam się i patrzę jej w oczy, czuję się jakby coś mnie zmroziło. Smutek , który widzę jest tak ogromny i rzeczywisty, iż dotyka samego środka duszy. Wszystko zamiera. Przez chwilę patrzę na świat jej oczami. Oczami, które widza tylko czarno- białe kolory. Oczami, zasnutymi mgłą przeszłości, która dawno temu złamała Aline serce. Ona widzi tylko to co było, nie to co jest. Widzę psa, który boi się własnego cienia, boi się zaufać i pokochać. Boi się uwierzyć, że nie każdy człowiek jest potworem. Gdzie znajdę dla niej dom? W moim łóżku miejsce już dawno jest na deficycie.Co mam jej powiedzieć, jak pomóc? Jak odmienić życie psa, któy już nigdy nie wróci do " normy"? Psa , który nie wie jak wygląda normalność. Psa, który w człowieku widzi tylko diabła.Jak przekonać kogoś, że Ala zasługuję na szansę? Jak znaleźć dom i ludzi, którzy docenią jej wrażliwość i delikatność? Jak znaleźć kogoś, kto nie zawiedzie jej i mojego zaufania? Ala uczy się żyć na nowo. Poznaje uroki życia, biega, bawi się, dokazuje. Wystarczy jednak jeden gest, słowo, osoba i Ala wraca do swojej twardej skorupy, z której przez długi czas będzie bała się wyjść. Czyja to wina? Na pewno nie jej. Kto i dlaczego ją skrzywdził, kto złamał być może na zawsze prawdziwy malamuci charakter. Kto sprawił ,że Ala zapomniała jak być sobą, a pamięta jedynie cierpienie? Kolejna zagwozdka - chciec pomóc psu, krótemu już być moze nie da się już pomóc. Jak ktoś kiedyś powiedział- "ot fanaberia, zachciało mi się pomagać psom". Kiedy patrzę w jej oczy widzę dwa wielkie jeziora bezbrzeżnego smutku. Widzi przeszłość, przyszłość czy może teraźniejszość? A może widzi to, co dla nas jest niedostępne? Ala to kolejne wyzwanie, kolejna część spłaty długu. Mam nadzieję, że moja pożegnana dawno temu malamucia księżniczka , patrzy z góry i czuwa. Czuwa nad tym, aby kolejna zbłąkana malamucia istota znalazła swoje miejsce na ziemi .Miejsce przyjazne i WŁASNE, z ludźmi , którzy w psie widzą coś więcej niż tylko rzecz, której ot tak można się pozbyć . Miejsce, gdzienie będzie musiała płacić cierpieniem, miejsce gdzie w końcu zagoją się wszystkie rany.
czwartek, 25 grudnia 2014
Szyszunia
Nie dla wszystkich Święta miały być
radosne w tym roku. Krótko przed Świętami dowiedzieliśmy się, że
suczka naszego kolegi- Saba – po wielu wspólnych i radosnych
latach odeszła. Odeszła nagle i po cichutku, nikt się tego nie
spodziewał. Wszystko zamarło- życie rodzinne, radosne
przygotowania do Świąt. Czegoś zabrakło, zabrakło jednego z
członków rodziny. Nie było z kim wyjść rano na spacer, nie było
komu podać miseczki, nie było kogo pogłaskać. Po Sabie została
tylko pustka. Pustka, smycz i obroża, które wciąż wisiały w
przedpokoju, jakby czekając na Sabę, która już nigdy nie wróci.
Akurat tak się złożyło że Rafał,
u którego rodziców mieszkała Saba starając się znaleźć sobie
jakieś zajęcie wypatrzył młodziutką Szyszunię, która od
niedawna przebywała w schronisku, w którym pracuje nasza Klaudia.
Szczenię- zaledwie ośmiomiesięczne, wyrzucone jak śmieć na
początku grudnia. Suczka wrażliwa i delikatna, nie umiejąca
poradzić sobie ze schroniskową rzeczywistością.
Długo zastanawiał się zanim
zadzwonił do Klaudii, pytając o Szyszkę. Od razu powiedział, ż
enie konsultował decyzji z rodzicami. Że jeśli okaże się że to
dla nich zbyt szybko, Szyszunia zamieszka z nim.
Kiedy Rafał w Wigilię rano przyszedł
do domu, nie bardzo wiedział co ma ze sobą zrobić. Tata w
telefonie oglądał filmik z lata, kiedy bawił się z Sabą na
działce. Jego oczy były podejrzanie szkliste. Mama snuła się
cicho po mieszkaniu. Około południa przyjechała Klaudia z czymś
jak się okazało najcenniejszym- z małą istotą, która tak jak
ludzie jej mogli pomóc, mogła pomóc ludziom.
Żal po śmierci Saby nigdy nie
zniknie. Jednak powoli zblednie, wyparty przez radość związaną ze
wspólnym życiem z Szyszką. Święta to szczególny czas, czas
kiedy czujemy się bardziej uduchowieni, uczuciowi. Czas, kiedy nasze
serca się otwierają. Rodzina Rafała bez żadnych pytań i
wątpliwości w przeciągu chwili otworzyła swoje serca przed małą
kupką psiego nieszczęcia.
Każdy skorzystał- psie dziecko, które
w końcu znalazło cudowny dom i ludzie, którzy cierpieli po stracie
najlepszej przyjaciółki.
Kiedyś rzucił mi się w oczy
testament psa:
„Ludzie, nim odejdą zapisują w testamencie swój dom i wszystko co mają, tym którzy zostają . Gdybym mógł swoimi łapkami zrobić tak samo, moja Ostatnia Wola wyglądałaby tak :
- mój szczęśliwy dom
- moją miseczkę i posłanie
- kolana, na których kładę głowę
- ręce, które głaszczą
- głos, który mnie woła
- serce, które mnie kocha
zapisuję w Ostatniej Woli głodnemu, chudemu, smutnemu przerażonemu Psu w Potrzebie .
Kochany Człowieku !
Twoja miłość to wszystko co mam, więc gdy odejdę nie mów " już nigdy nie pokocham innego psa " lecz wypełnij mój Testament i daj wszystko co miałem komuś, kto tego bardzo potrzebuje.
Twój Pies”
I
mam wrażenie że rodzina Rafała wypełniła testament Saby, która
jak każdy pies kochała bezinteresownie i mocno. I na pewno
wiedziała, że po jej odejściu w jej byłym domu powinien
zamieszkać kolejny, skrzywdzony przez życie pies, gdyż ludzie o
wielkich sercach nie wytrzymają długo nie pomagając kolejnemu
nieszczęśliwemu czworonogowi.
niedziela, 1 czerwca 2014
Alf i Berni w akcji- Angelo
- Beeeerni
wstawaj!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
- Czego chcesz? Dopiero
siódma. Jeszcze godzinka do śniadanka.
- Ty umiesz myśleć tylko o
żarciu?- Alf był wyraźnie zdegustowany.
- A o czym innym mam
myśleć? Masz jakieś bardziej interesujące propozycje?
- Może bymy poplotkowali?
- O tej porze? Chłopie weź
idź sprawdź czy Cię w budzie nie ma, jak porządnie poszukasz i
stwierdzisz, że jednak nie to weź mnie obudź o 10tej.
- Beeeeeeeeeeeeeeeeeeeeerni
już 10ta!!! Miska pełna, znowu przekimałeś śniadanie.
- , czeka tylko wrzucę coś
na ząb........ Dobrem zjadłem. CZEGO?
- Plotkę mam....
- Dobra : ILE?
- No coś Ty stary Tobie
sprzedam za free.
- Czekam...
- Tak po prostu? Zero
proszenia, chorej ciekawości?
- Alf, proszę nie denerwuj
mnie, stawy mnie bolą, stary jestem i drażliwy, gadasz czy nie?
- Zrzędzisz jakbyś mnie
nie znał...
- Dajesz.
- Pamiętasz Andrzeja?
- No, a kto go nie pamięta?
Sportowiec z niego był... Medal nawet miał na boksie. I budę se
zeżarł od środka, chyba biedny, średnio sobie tutaj u nas
radził..
- Ano średnio. Na chatę
pojechał już dość dawno temu. A teraz to chyba transparent
zrobimy „ WELCOME ANGELO”.
- We.. co?
- Berni jakiś Ty głupi, po
ingliszu nie rozumiesz? Jakbyś porządnie podsłuchiwał to byś
wiedział o czym mówię....
-Jakbym miał uszy sprawne
jak 5 lat temu to może bym podsłuchiwał, ale sam rozumiesz
staruchu -szyderczy śmiech Berniego dotarł nawet do szczeniaków,
śpiących snem sprawiedliwego.
- No Andrzej do nas wraca,
durniu. Boks czeka, buda jest, koc też. Żarcie też się znajdzie.
-Te czekaj , czekaj- Berni
jak zwykle potrzebował chwili, aby ogarnąć kuwetę- ale jak to
wraca. Przecie chatę miał?
- Ano miał , ale już nie
ma. Jakbyś se uszy o budę wytrzepał to może byś podsłyszał.
Wraca do nas, chaty szuka.
- Ale jak to szuka ,
przecież miał..
- No miał i nie ma,
wykopali go.
- Że co? On prawie rasowy,
młody, elegancki.
- No i ? Wiesz jak jest ,
jak coś pójdzie nie tak to najłatwiej psa się pozbyć. Przecież
to nic nie kosztuje. Oddajesz i już. Prawie jak magia był i nie ma.
- Wiesz co Fisiek (hihihi)
jakbyś mi to parę lat temu powiedział to może bym się zdziwił.
Ale teraz? - Po tym co słyszeliśmy i widzieliśmy? Że tak powiem
: ŻYCIE.
- No chyba nasze, jak
Andrzej miał chatę to teraz będzie mu ciężko...
- No jemu i nam. Spoko,
zażądamy stoperów do uszu. Niech se chłop powyje...
- Wiesz co czasami cieszę
się , że nas nikt nie adoptował. Mieszkamy sobie tu jak u Pana
Boga za piecem, żarcie jest , spacery też. Ale jakbym miał iść
do ludzi i wrócić tutaj późnien to chyba by mi serce pękło.
- Hahahha jakie serce?
Przecież my nie czujemy, nie myślimy i nas nie boli. Pies jak
rzecz- niewygodnie Ci z nim, można wywalić, chociażby na śmietnik.
-Wiesz co, Twój cynizm
kiedyś się na nas zemści.
-Nie,na nas życie już się
zemściło. Tylko nie wiem za co....
Subskrybuj:
Posty (Atom)





